Rozdział 1 Witaj Arkadio
Kolejny dzień, który zapowiadał się pospolicie. To miał być kolejny, zwykły, normalny dzień. Ostatni dzień wakacji. Pogodziłam się z losem, że moje podanie do uniwersytetu przepadło. Gdy zbyt długo nie dostawałam odpowiedzi zadzwoniłam do nich, powiedzieli, że nie dostali nic ode mnie, więc wysłałam drugie, które chyba poszło w ślady pierwszego i postanowiło tajemniczo zniknąć, nie dotrzeć do celu. Ale wciąż mam nadzieję. Najmniejszą, ale ją mam. Tli się gdzieś w głębi mnie mały płomyczek nadziei, że mnie wrabiali, a odpowiedź jeszcze do mnie dotrze. Bo jeśli to się nie stanie, ugrzęznę w tym miasteczku na zawsze. W rodzinnym biznesie pff. W Pubie Burlesque Queen. Jako kelnerka i barmanka. Wszyscy w mojej rodzinie od pokoleń po skończeniu liceum szli w rodzinny biznes. Ja nie chce. Ja mam większe ambicje. Chce iść na studia. Miałam kiedyś przyjaciela. A raczej przyjaciół. Bliźniaki Ben i Clay. Opowiadali mi o Arkadii. Uniwersytecie do którego szła większa część ich rodziny i oni też któregoś dnia tam pójdą. Opowiedzieli mi wszystko co wiedzieli, czego się dowiedzieli od rodziców, wujostwa i dziadków. Zafascynowało mnie to co głoszą te "plotki" Ben też tak nazywał to co usłyszał od rodziny, że to tylko plotki, bo jakże to mogłaby być prawda. Ale jednak wierzył. Obaj wierzyli. Mały promyk wiary się w nich tlił i tym promyczkiem wiary mnie zarazili, że i ja uwierzyłam. I chcę iść na te studia. Do Uniwersytetu Arkadia. Za nas oboje. A raczej za naszą trójkę. Półtora roku temu chłopcy mieli wypadek. Clay zmarł na miejscu. A Ben mam wrażenie, że jest tylko pustą skorupą. Nie reaguje na to co się do niego mówi. Zachowuje się jak dziecko. Jak jakiś bobas. Nie umie mówić, chodzić. Stracił kontakt z rzeczywistością. Trzy razy w tygodniu go odwiedzam i mu opowiadam co u mnie. Ale mam wrażenie, że mnie nie słucha. Ale nie przestaję do niego mówić. Wciąż jest moim przyjacielem. Chociaż on tego nie wie. Jego rodzice stosowali różne terapie, nic nie skutkuje. Dlatego tym bardziej chcę się dostać do Arkadii. To bractwo ... w sumie te trzy bractwa ... brzmi szalenie, ale magia istnieje, może umieliby pomóc. Chociaż zaczynam w to wątpić. Gdyby tak było, jego rodzina bynajmniej z tego co chłopcy mi opowiadali należeli do tych bractw więc mogliby mu pomóc, uleczyć go. Ale tego nie zrobili. Więc tu zaczynam wątpić, że prawdą jest to co przez lata ich rodziny im opowiadały, a oni mnie.
-Zoey! Listonosz do ciebie! - Z zamyślenia wyrwał mnie głos ojca dobiegający z dołu. Dopiero po chwili do mnie dotarło o co mu chodzi.
-List! Do mnie?! Już biegnę! - Krzyknęłam zrywając się z sofy i pobiegłam na dół. Gdy zbiegałam po schodach ojciec udał się do kuchni by wznowić przygotowania do obiadu.
-Dzień dobry Zoey.
-Dzień dobry panie Anders. Co ma pan dla mnie?
-Coś na co czekasz od dawna. - Z torby wyciągnął list i wyciągnął dłoń z nim w moją stronę. Już z daleka ujrzałam wielki herb Arkadii na kopercie.
-List z uniwerku. - Szepnęłam w szoku odbierając go od niego. Wybuchła we mnie fala radości, ale nagle przygasła. - Co jeśli się okaże, że mnie nie przyjęli.
-Niemożliwe. Jak cię nie przyjęli okażą się głupcami. - Pocieszył mnie. - No dalej otwórz. - Powoli i niepewnie otworzyłam kopertę. Wyjęłam list. Wzięłam głęboki oddech i zaczęłam czytać.
-Szanowna Zoey Delgado z radością informujemy Panią, że dostała pani w pełni opłacone stypendium w Uniwersytecie Arkadia. Gratulujemy przyjęcia w nasze szeregi. Przyjęli mnie. Przyjęli mnie! Przyjęli mnie!!
-Mówiłem ci. - Powiedział pan Anders z uśmiechem. - Gratuluję. I powodzenia na studiach.
-Dziękuję panu.
-Do zobaczenia Zoey.
-Do widzenia. - Powiedziałam zamykając drzwi.
-Czyli jednak zostawiasz rodzinę? - Burknął ojciec z kuchni.
-Nie mam zamiaru do końca życia utknąć za barem w krótkiej mini obsługując twoich obleśnych klientów.
-Zważaj na słowa. - Upomniała mnie matka schodząc na dół. - Idę do Beatrice na ploteczki. Nie czekajcie na mnie.
-Jak zwykle. Może zamiast chodzenia na te swoje ploteczki z przyjaciółkami i wasze wieczorki z winkiem poszłabyś do normalnej pracy. Może w pubie ojca? Świetnie byś się sprawdziła za barem. Z takim biustem i dekoltem zebrałabyś duże napiwki.
-Nie zwracaj się tak do mnie. - Powiedziała ostro.
-Bo co mi zrobisz? Uderzysz? Dasz karę? Wyślesz do kąta? - Zaśmiałam się. - Nie jesteś moją matką, więc nie będziesz mi mówić co i jak mam robić.
-Więc ja cię upominam Zoey. Zachowuj się. To moja żona.
-Chyba pijawka twojej wypłaty. Nie widzisz, że wysysa z ciebie każdy grosz. To nowa sukienka. To nowe buty. Nowa torebka. Ah złamał mi się paznokieć muszę iść do manikiurzystki. Próbujesz zarobić pieniędzy by lepsze życie mieli Colin, Brian, Finn i Jasmina. Ale ona zabiera ci każdy zaoszczędzony grosz. Nie dasz lepszego życia swoim dzieciom, gdy całą wypłatę zżera ona. Gregor i Huan dobrze zrobili odchodząc dawno temu. Ja nie mogę już na was patrzeć. I nie będę musiała. Arkadia mnie wzywa. A ty tato ... opiekuj się tą czwórką lepiej niż naszą trójką.
-Pamiętaj, że mam jeszcze piątkę dzieci.
-To są jej dzieci. Karen i Nikodem są już dorośli. Pięcioletni Bill też jest jej. Jedynie masz z nią dwójkę dzieci w wieku dwóch lat i roku.
-Zoey uspokój się. Bo inaczej będziemy rozmawiać.
-Rozmawiać. Powiedz mi kiedy ostatni raz ze mną normalnie rozmawiałeś? Zanim ona pojawiła się w naszym domu. Gdy ona się tu zjawiła zacząłeś się zachowywać jakbyś chciał się wyrzec całej naszej siódemki. Straciłeś już dwóch synów. Teraz tracisz mnie. Chcesz stracić wszystkie swoje dzieci? Jesteś na dobrej drodze. - Powiedziałam wchodząc po schodach na górę.
***
Odkąd dostałam list, nie mogłam się doczekać wyjazdu z Tijuany. Uniwersytet Arkadia. Jego położenie jest w USA, stan Karolina Południowa, miasto Valilya. Miasto jest duże, położone nad brzegiem morza, z pozostałych trzech stron otacza je las. Uniwersytet Arkadia zajmuje niemal połowę powierzchni miasta. W teren uniwersytetu wchodzi oczywiście kawałek wybrzeża, las, a także dwa jeziora i rzeka. Uniwersytet latami rozrastał się do rozmiaru jaki ma teraz. Na samym początku był jeden mały skromny budynek. Uniwersytet tylko dla chłopców założony przez Jacoba Arkaya, pirata. Chciał by jego syn chodził do dobrej szkoły, żadna mu nie odpowiadała. Więc stworzył własną. Wszystkich swoich synów i synów swoich przyjaciół również piratów przyjmował tam i uczył wraz z wybranymi przez siebie profesorami z czego poniektórzy również byli piratami. Szkoła podstawowa, średnia i studia w jednym. Trójka jego synów gdy dorosła objęła władzę w tym uniwersytecie. Rozbudowali szkołę o kolejne budynki. Dwa akademiki damski i męski, oraz dwie szkoły osobna dla chłopców i osobna dla dziewcząt. Budynek do tej pory istniejący przekształcili w budynek główny. Sekretariat, pokój dyrektorski i nauczycielski oraz sypialnie dla nich i ich rodzin. I tak dalej. Dzisiaj kampus jest ogromny, liczy wiele budynków od różnych wydziałów naukowych, przez basen, kort tenisowy, boisko do siatkówki, koszykówki, piłki nożnej, lacrosse, pole golfowe, mini salon rozrywki w którym znajduje się kręgielnia i salon z wieloma stołami bilardowymi, skończywszy na wielu różnych bractwach. Z tego co Ben mi kiedyś opowiadał gdzieś w podziemiach mieści się tajny klub gdzie profesorowie nie przyłapią ich na piciu, tańcach i innych studenckich atrakcjach. Chociaż studenci są dorośli, lubią się czasem ukryć.
***
W końcu nadszedł ten dzień. Spakowałam się, pożegnałam z młodszym rodzeństwem moim, jak i tym przyszywanym, bo dzieciaki mnie polubiły i przyzwyczaiły do mnie. Ja nie do końca mogę powiedzieć to samo. Chociaż one tu niczego nie zawiniły. Nie potrafię ich do końca zaakceptować, bo są to dzieci tej perfidnej mumii, która przyczepiła się do mojego ojca. Ojciec jest nią oślepiony. Zaczął zaniedbywać nas wszystkich. Już dawno temu jak jeszcze mama z nami mieszkała. Okazało się, że ojciec od lat zdradzał mamę. Ale ona była nie lepsza, też zdradzała ojca i się wyśmiewała z niego za jego plecami, romans miała o wiele dłużej niż on.
-Zoey nie wyjeżdżaj. Zostań z nami.
-Finn muszę wyjechać. Dostałam się na studia.
-Ale przecież nie musisz na nie iść.
-Oh Colin. - Najmłodszy z mojego rodzeństwa, ma pięć lat. - Chcę się jeszcze uczyć. Mieć wyższe wykształcenie. - Poczochrałam go po jego bujnych lokach. - Trzymajcie się dzieciaki. Pa. - Powiedziałam wsiadając do taksówki przy której staliśmy.
Taksówkarz zawiózł mnie na lotnisko, pomógł mi odprawić moje bagaże. Zapłaciłam mu i wtedy przeszłam przez odpowiednią bramkę. Lot wydawał się ciągnąć w nieskończoność. Spełnienie moich marzeń, nie wróć, spełnienie marzeń naszej trójki właśnie zaczęło się dla mnie spełniać. Idę tam przecież nie tylko dla siebie. Dla naszej trójki. Obiecałam to im. Obiecałam to Clay'owi nad jego grobem, obiecałam Benowi nad jego nic nie rozumiejącym ciałem dziecka i patrzącym na mnie nierozumiejącym wzrokiem. Jakby mnie nie pamiętał, jakby mnie nie znał. Może tak jest. Ale ja go nie zapomnę. Nigdy. Obsługa lotniska pomogła mi zapakować moje bagaże na specjalny wózek, który będzie do zwrotu jak wszystko wpakuje w taksówkę. I tak też uczyniłam. Złapałam ostatnią wolną stojącą taksówkę na lotnisku. Uff. Valilya. Przepiękne miasto. Ta architektura i w ogóle wszystko. Takie piękne, eleganckie a zarazem kolorowe i szalone. Miejscami trochę barokowe. W końcu wjeżdżamy na teren uniwersytetu. Proszę taksówkarza by zaczekał na mnie przed Ratuszem do którego chwilę później wchodzę. Melduję się w sekretariacie. Dziesięć minut później wychodzę z informacją bym poczekała na mojego przewodnika. Który zjawia się dosłownie dwie minuty później.
-Witaj, jestem Vincent Mayvel student trzeciego roku. Wciąż nieokreślony. - Zaczął się śmiać. - Moim zadaniem jest odprowadzić cię do twojego pokoju i wprowadzić w panujący tu system.
-Panienko pomogę ci z tymi bagażami. - Mówi taksówkarz biorąc jedną moją walizkę, torbę i wielkie pudło, a sama biorę plecak, dwie torby i drugie pudło.
-Dopóki nie zostaniesz przyjęta do jakiegoś bractwa mieszkasz w akademiku. Mamy najlepsze akademiki w całym kraju, nie chwaląc się. Ale taka jest niestety prawda. Duże i przestronne pokoje. Każdy potrzebuje czasem prywatności i samotności, a w pokoju akademickim trudno o to gdy zaledwie kilka kroków od ciebie jest druga osoba. Co więcej do wyboru mamy pokoje dwuosobowe, trzy osobowe, a także czteroosobowe. Pokój możesz zmienić w każdej chwili, jeśli są jakieś miejsca wolne nie ma z tym problemu, wystarczy iść do sekretariatu i złożyć wniosek, który często rozpatrywany i realizowany jest na miejscu. - Dłuższą chwilę zajęło nam dotarcie do akademika. Weszliśmy na drugie piętro. - Twój pokój Poziom Drugi, korytarz K. W samym sercu akademika. Korytarze J, K, L oraz M mają najlepszy widok w święta. - Powiedział zatrzymując się przed barierką na rozwidleniu korytarzy. - Tutaj w święta staje duża choinka sięgająca aż po sam sufit, a akademik przypominam ma sześć pięter, razem z parterem siedem. Korytarz J jest tam - Wskazał na lewą stronę. - ciągnie się za oba rogi, K to jest ten na którym stoimy i cięgnie się tam daleko i w drugą stronę, L po przeciwnej J, analogiczne - śmieje się wskazując na prawą stronę. - I na przeciwko nas po drugiej stronie korytarz M. W sumie chyba cię to nie interesuje. Ty mieszkasz na korytarzu K, czyli tutaj, pokój 61. To niedaleko. - Uśmiecha się i skręca w prawo. - Oto twój pokój. - Mówi stając przed drzwiami i odkluczając je.
-Niech pan tu postawi moje bagaże. Dziękuję panu.
-Nie ma sprawy panienko.
-Proszę. Reszta dla pana.
-Dziękuję bardzo. Do widzenia.
-Do widzenia. - Oboje pożegnaliśmy taksówkarza.
-Tu masz informator studenta, ulotki o naszych bractwach jakbyś chciała do jakiegoś dołączyć oraz mapa kampusu. Idzie się tu zgubić. Teren jest ogromny. Jakbyś miała jakieś pytania wpadaj do mnie kiedy chcesz. Mój pokój 36L na tym piętrze. W razie czego mój numer zapisałem ci na informatorze. Twoje klucze. - Powiedział wręczając mi trzy klucze. - Radzę nie zgubić, za wyrobienie nowego jest sto dolarów. Ten jest do twojego pokoju, ten drugi do drzwi wejściowych do budynku akademika. A ten do biblioteki. Chociaż studenci mają do niej klucze i dostęp cały czas, radzimy jednak przestrzegać zasad i po godzinie dwudziestej trzeciej już w niej nie przebywać. O dwunastej przy fontannie przed akademikiem moja siostra będzie zabierać grupę nowych na oprowadzenie po kampusie. Powinnaś iść. Swoją drogą wiesz na co się zapisałaś?
-Nie rozumiem.
-Arkadia to nie jest normalna uczelnia. Mówi się o niej że to uniwersytet dla ułomnych, bo siedmioletni tok nauczania, a nie pięcioletni jak większość.
-Mówisz siedem lat wyjętych z życia?
-Tak. Ale wiele osób tu przychodzi. Powód? Wydaje mi się prosty. Mniej zajęć dziennie, więcej czasu wolnego, więcej czasu na studenckie imprezy, a studenci w całym kraju mają duże zniżki. Można by powiedzieć jest to przedłużenie naszej młodości oraz wolności, ucieczka przed podjęciem pracy, wiesz o co chodzi. - Śmieje się. - Muszę uciekać. Jak coś wal do mnie jak w dym, jestem twoim mentorem na ten rok. Do zobaczenia Zoey.
-Do zobaczenia Vincent.
Zaczęłam rozpakowywać swoje rzeczy. Puste pudełka i torby postawiłam na szafie, gdzie nie będą nikomu przeszkadzać. Druga połowa pokoju była już zajęta, ale moja współlokatorka nie pojawiła się do tej pory. Wyszłam przed akademik, żeby zaczekać na siostrę Vincenta, która oprowadziłaby mnie i resztę grupy po kampusie. Było za dziesięć dwunasta, ale przed akademikiem zebrał się już niezły tłumek. Chwilę po dwunastej podeszła do nas dziewczyna. Z rysów twarzy bardzo podobna do Vincenta.
-Witajcie. Nazywam się Diana Mayvel. Dla ciekawskich studentka trzeciego roku, kierunek ekonomia i biznes, przez dwa lata Przewodnicząca Studenckiej Radzie, w tym roku zrezygnowałam z tego tytułu, ale z Rady Studenckiej nie odeszłam. Więc z każdym problemem i pytaniem zapraszam do mnie albo do jakiegokolwiek innego członka naszej Studenckiej Rady. Lista członków, numery ich pokoi są dostępne na każdej świetlicy, w bibliotece, akademiku oraz w ratuszu. Czyli praktycznie wszędzie. Mój pokój 2-48E. Dla wciąż niedoinformowanych, pierwsza cyfra to poziom, od parteru po szóste piętro, następnie numer pokoju i na koniec numer korytarza. Więc zaczynajmy. - Uśmiechnęła się. - Stoimy przy wielkiej fontannie, można by powiedzieć nie pasującej do tego miejsca, bo jest tak inna i tak stara, aczkolwiek bardzo wyjątkowa gdyż ...
-Przedstawia Głównych Założycieli Arkadii. - Odezwał się chłopak z tłumu. - Jacob Arkay, jego trójka synów, Frank, Gale i Merlin, oraz ich dzieci. Beatrice i Nigel dzieci Franka, Oswald, syn Gale'a. Oraz Derek, Kevin i Maria dzieci Merlina. Rodzina piracka. Jacob Arkay był piratem gdy jego żona zaszła w ciąże chciał znaleźć najlepsze szkoły dla niego. Żadna nie przypadła mu do gustu więc wybudował tą. Dla swojego syna. I synów swych przyjaciół. Jego dzieci jak on byli piratami już od najmłodszych lat. W wieku osiemnastu lat odbywały się tu swego rodzaju egzaminy. Uczniowie byli dzieleni na różne grupy, dwie, trzy, cztery. W zależności od ilości uczniów. Dostawali statek. I musieli ograbić jakiś kupiecki okręt. To była szkoła dla przyszłych piratów. Jego synowie wiele lat później, gdy znaleźli sobie żony i urodziły się im dzieci przejęli rolę ojca. A raczej najstarszy syn Frank został nowym dyrektorem. Wraz z braćmi rozbudował to miejsce o nowe budynki. Zrobił z tego miejsca szkołę nie tylko dla chłopców, ale i dziewcząt. Wciąż szkoła piracka. Ich dzieci z kolei, również piraci, bo wykształceni w tym fachu, chcieli coś zmienić. I zrezygnowali z pirackiego życia po śmierci Franka i Merlina na morzu. Nowym dyrektorem został Nigel. Najmłodszy z nich wszystkich, ale syn poprzedniego dyrektora. Wspólnie podjęli decyzję, by zmienić tę szkołę z pirackiej na zwykłą. Z czasem kolejne pokolenia postanowiły uczynić z tego miejsca tylko szkołę wyższą kształcącą w każdym możliwym kierunku. Wśród nich w tamtych czasach znalazł się również kierunek pirata oraz złodzieja. Lecz z czasem te zawody musiały być wykasowane z listy. Dziś to tylko wspomnienie. Dlatego fontanna jest taka duża. Zbudowano ją za czasów władzy Nigela. Przedstawia najważniejsze osoby, które miały związek z tym co dziś nas tutaj otacza. Arkadia ma korzenie pirackie stąd te dziwne symbole na fontannie i nie tylko na niej. Można je znaleźć w różnych miejscach. Czaszka z kośćmi, dwa skrzyżowane miecze, pochodnia, krew oraz wiele słów napisanych w języku nam obcym, być może już nieistniejącym.
-Zdumiewające, że to wiesz.
-Ojciec się tu uczył. Od najmłodszych lat często z rodzeństwem słyszeliśmy opowieści o Arkadii.
-Nazywasz się?
-Dominic Waylder. Ale możesz mi mówić Don.
-Don. Może w takim razie zechciałbyś być przewodnikiem? - Zażartowała.
-Czemu nie. Zapraszam za mną. - Powiedział, a grupa za nim ruszyła, dziewczyna była przez chwilę zdumiona zachowaniem jego jak i grupy świeżaków.
Don ładnie zaczął nas oprowadzać, gdzieniegdzie Diana wtrącała kilka słów dla dopełnienia. I w końcu trafiliśmy znów przed akademik kończąc wycieczkę.
-Sporo wiesz o Arkadii. To się chwali. Mało tu takich jak ty. Ale z drugiej strony tacy jak ty długo nie wytrzymują w Arkadii. W końcu ugrzęznąć tu można na osiem lat.
-Osiem? - Zdziwiłam się. Oboje spojrzeli na mnie. Reszta się już rozeszła. - Twój brat mi mówił, że siedem.
-Ah cały Vincent. Niedoinformowany jak zawsze. Od tego roku mamy nową dyrektorkę. Która już zdążyła wprowadzić wiele zmian. Jedną z nich jest wydłużenie o kolejny rok nauki w Arkadii. A zastanawia się czy by o jeszcze jeden nie wydłużyć.
-Czemu? - Spytałam.
-Nie mam pojęcia. Nie chce nic powiedzieć. Nawet profesorom. Ma jakieś plany co do tej uczelni i uczniów. Chce wprowadzić jakiś nowy system nauczania oraz nowe przedmioty mocno wykraczające po za poziom. Chociaż nie wiem co chce dodać. Ta szkoła ma już wszystko. Jak widzieliśmy trwają pracę nad budową nowych budynków. Co ona zleciła budować? Nie wiem. Jest wiele placów budowy. Jakby tworzyła drugi ośrodek. Pojawiła się znikąd, a panoszy się jak na swoim od lat.
-Don praktycznie nie dał ci dojść do słowa, ale pokazaliście wszystko tak? Opowiedzieliście na pewno o wszystkich bractwach?
-Tak.
-Dziwne. Ja słyszałam o jeszcze kilku.
-To niemożliwe. Nie ma więcej. Są tylko te o których zostało powiedziane.
-A jednak. Co do trzech mam pewność. Do pozostałych trzech już nie bardzo, bo utknęły pod znakiem zapytania. Ale dużo czytałam i znalazło się parę informacji.
-O czym? O jakim bractwie mówisz?
-Nie o jednym, a o sześciu. Bractwo Czarnej Krwi, Bractwo Błękitnej Krwi, Bractwo Błękitnej Róży, Bractwo Czarnego Serca, Bractwo Trzech Smoków, Bractwo Lustra.
-Wybacz pierwsze słyszę.
-Ja też o nich słyszałem. Więc to nie przypadek. Wiesz coś na ich temat? - Odezwał się do tej pory milczący Don.
-Nie, przykro mi. Nic o tym nie wiem. Te nazwy mi nic nie mówią.
-Co nie znaczy, że te bractwa nie istnieją. Są tajne. Mało kto się do nich dostaje. Ktoś wyjątkowy, specjalny tylko dostaje się do ich grona. Może nie byłaś jedną z tych osób, dlatego nic nie wiesz. Nie szkodzi. - Uśmiechnęłam się i odeszłam. Gdy weszłam do pokoju w oczy rzucił mi się list leżący na moim łóżku, na łóżku mojej współlokatorki też. - Ciekawe. Jak ten list się tu znalazł? - Usiadłam na łóżku biorąc ostrożnie kopertę do ręki. Była zaadresowana do mnie. Ładnym pismem było napisane Zoey Delgado. Odwróciłam kopertę powoli i równie powoli ją otworzyłam. Wyciągnęłam list, czarna kartka i czerwono krwawy napis. zaczęłam czytać.
Witaj Zoey,
Zostałaś wybrana spośród setek nowych uczniów Arkadii. Dotknął cię wielki zaszczyt. Stowarzyszenie Bractw pragnie cię poznać i poddać próbą. Wielu próbą. Byśmy mogli wyselekcjonować ciebie, twoje zdolności oraz innych kandydatów. Byś na koniec stała przed wyborem ... A ... albo ... B. Od teraz bądź czujna i ostrożna. Śledzimy każdy twój ruch. Możesz spodziewać się nas w najmniej spodziewanych miejscach i sytuacjach. Pamiętaj ktoś cię zawsze widzi, ktoś cię zawsze słyszy.
-Podsłuchują mnie? Gdzie tu prywatność do cholery? Ale chciałaś, masz. Udało się. To prawda. To dla naszej trójki. - Powiedziałam patrząc na zdjęcie stojące w ramce na mojej szafce, przedstawiające mnie, Bena i Claya. W tej chwili usłyszałam klucz w drzwiach. Po chwili stanęła w nich rudowłosa dziewczyna.
-O mam współlokatorkę. - Ucieszyła się wchodząc do pokoju. - Jestem Nickolett Viaz na pierwszym roku oczywiście.
-Zoey Delgado. Też pierwszoroczniak ze mnie.
-Hiszpanka?
-Nie. Meksykanka.
-Widzisz ty pochodzisz z Meksyku, ja z Hiszpanii. Dogadamy się. Tak sądzę. Co to jest? - Spytała podnosząc kopertę ze swojego łóżka.
-Leżało już tak jak tu przyszłam. Też dostałam. - Powiedziałam pokazując jej trzymaną przeze mnie w rękach kopertę i list. Zaczęła czytać.
-Kapłanka Aoiril? Stowarzyszenie Bractw? O co chodzi?
-Nie wiem czy możemy o tym rozmawiać. Widziałaś ostrzeżenie w liście. Poczekajmy do jakiegoś oficjalnego nie wiem spotkania z nią?
-Może masz rację. - Usłyszałam szelest w mojej kopercie. Zmarszczyłam brwi i otworzyłam ją ponownie. Był tam drugi list. Ale jak to? Wcześniej nie zauważyłam by były tam dwie kartki. A jedną trzymałam już w dłoni. Wyciągnęłam drugi list. A raczej kartkę sztywnego czarnego papieru.
Napisany czerwonymi literami, odwróciłam kartkę drobnym druczkiem był tam również napis ale na biało.
Mówi serio. Obserwują nas w każdej chwili. Widzą i słyszą wszystko. Ale zaraz. Skąd wiedzieli, że będę o tym rozmawiać z Nickolett i jak się zachowam. Najpierw dostałam list, potem przyszła ona. Chyba, że ... Ale nie to nie możliwe. Ale ... Chłopcy mi opowiadali, że te bractwa są magiczne. Czyli magia istnieje naprawdę. A to ... ten drugi list za sprawą magii znalazł się w kopercie. Czad. Uśmiechnęłam się. Wszystko zaczyna nabierać logiczną całość, chociaż to wciąż nie jest logiczne. Te wszystkie opowieści. Magia istnieje. I chcą bym była jej częścią. Częścią tego drugiego świata. Tak! W tym momencie nasze drzwi się otworzyły. I do pokoju wszedł chłopak.
-Jared słuchaj ... Ouu wybaczcie panie. Chyba pomyliłem pokoje. Pokój 61 się zgadza. To korytarz M?
-Nie. K.
-Przepraszam. Już mnie nie ma. Miłego dnia dziewczyny. - Powiedział cofając się do wyjścia.
-Dzięki. Wzajemnie. - Odpowiedziałam zaczął zamykać drzwi, ale zatrzymał go Don.
-Ooo cześć ... Wybacz, ale nie przedstawiłaś się nam wcześniej.
-Zoey.
-Zoey. Piękne i wyjątkowo rzadkie imię.
-Dzięki.
-Zoey. A dalej jak?
-Delgado.
-Jesteś z Meksyku?
-Tak.
-Tak sądziłem. Masz coś w sobie co widziałem w jednej dziewczynie, którą kiedyś znałem, też była z Meksyku właśnie. Ale czekaj nazwisko Delgado coś mi mówi.
Mój straszy brat zaczął karierę wokalną. Chociaż według mnie słabo mu idzie.
-Możliwe, że go słyszałem w radio.
-To bardzo możliwe. Małej części ludzi się on podoba. Może rozejdzie się na cały świat. Ale kto wie. Ja mu nie wróżę ogromnej kariery.
-Wyrodna siostra z ciebie.
-Może trochę. Ale szczera. I to się liczy. I on to docenia.
-Co prawda to prawda. Lepsza szczera opinia siostry, niż słodkie mydlenie oczu wszystkich innych.
-Dokładnie.
-Może dasz się zaprosić na drinka? Widziałem fajny studencki pub niedaleko. Albo na pizze. Jak wolisz.
-Ymm no spoko. Daj mi chwilę.
-Jasne. Zaczekam przy fontannie.
-Dobra. - Uśmiechnęłam się a on odszedł. Zamknęłam za nim drzwi. - Pierwszy dzień tu, a już mam adoratora? Hahaha - No nie wierze. Czy ten dzień mógł być bardziej piękny?
-Gratulacje. Powodzenia.
-Dzięki. - Powiedziałam. Wzięłam moją czarną bluzę z kapturem przewiązałam przez pas. Listy schowałam w kopertę, a kopertę w kieszeń jeansów. Biorąc telefon, portfel i klucze wyszłam z pokoju.
Poszliśmy do pizzerii i przesiedzieliśmy tam kilka ładnych godzin rozmawiając i poznając się wzajemnie.W końcu powiedziałam, że muszę już iść. Udawałam, że idę do akademika, by chwilę później potajemnie zniknąć w lesie. Założyłam kaptur na głowę i szłam. Na moście jeszcze nikogo nie było. Nie ważne. Oparłam się o barierkę i zapaliłam papierosa. Po kilku minutach pojawiła się kolejna osoba. Bez słowa stanęła niedaleko mnie, opierając się o most. I tak co kilka minut ktoś przychodził.
-Zostaliście wybrani. - Po drugiej stronie mostu stały trzy postacie w czerwonych pelerynach i złotych maskach. Każdy miał inną. Były demoniczne. - W ciągu ostatnich lat przykuliście uwagę Zakonu. Chcemy teraz was lepiej poznać. Sprawdzić was. Z pięciuset nowych studentów naszego uniwersytetu wybraliśmy waszą setkę. Nie cieszcie się. Nie wszyscy dotrą do końca. Niektórzy z was już się znają. Ale nie wszyscy. I tak niech pozostanie. Nie zdradzajcie się. Teraz poprosiłbym by każdy po kolei do nas podszedł. - Nie było chętnych. Nikt się nie kwapił do tego by być pierwszym. Więc wystąpiłam przed tłum i stanęłam przed nimi. - Gratuluję odwagi. Zostaniesz zapamiętana. Trzymaj. Idź tą ścieżką za nami prosto, póki nie dojdziesz do drewnianych baraków. Przebierz się, a plecak zostaw podpisany. Z pokoju wyjdziesz gdy ponownie was wszystkich wezwiemy. Idź. - Zrobili mi przejście gdyż stali na środku ścieżki. Wzięłam głęboki oddech i uśmiechnęłam się. Odważnym krokiem ruszyłam do przodu. Nie odwracałam się za siebie. W końcu doszłam na polanę gdzie były baraki, miejsce było oświetlone wieloma pochodniami. Baraki były ponumerowane. Chciałam wejść do jakiegoś środkowego, ale drzwi nie dało się otworzyć. Tylko pierwsze były otwarte.
-Jako pierwsza przyszłam, więc wchodzę do pierwszego tak? No dobra. - Weszłam i zamknęłam za sobą drzwi. Był to jeden pokój, łóżko, stół i krzesło. Na stole stał świecznik z siedmioma świecami, wszystkie siedem zapalone. Rozebrałam się do bielizny i ubrałam czarne getry, czarną bluzkę z długim rękawem, czarną bluzę wciąganą przez głowę, bez kaptura, oraz czarny długi płaszcz z kapturem dość głębokim, była także czarna maska dosyć gruba, wręcz nienaturalnie gruba. Nie miała żadnej gumki, która by mi ją trzymała na głowie. - No przecież spadnie. - Mruknęłam pod nosem. Ale przyciągnęłam powoli maskę do twarzy. I ku mojemu zdziwieniu trzymała się nawet jak twarz skierowałam ku dołowi. Była jakby przyssana. Miałam wrażenie, że wieczność siedzę w tym pokoju. Ale w końcu usłyszałam donośny głos.
-Załóżcie maski. I wyjdźcie do nas. - Wstałam z łóżka i nadusiłam klamkę. Teraz drzwi się otworzyły z łatwością. Wcześniej nie chciały drgnąć. Wyszłam na zewnątrz. Gdy wszyscy to uczynili odezwał się ponownie. - Od dziś na każde nasze wezwanie przychodzicie tak ubrani. Nie wiedząc kto jest kim. Zapamiętajcie numer swojego baraku. Już? To za mną. - Powiedział i we trójkę ruszyli dalej ścieżką. Nikt nie chciał się znów ruszyć. Nikt, oprócz mnie. Bo ja od razu ruszyłam za nimi. Inni po dłuższej chwili.
-Trzeba oddzielić ziarno od plew. Bez chamskich zagrywek. Uczciwa walka. Dwudziestu tu odpadnie. Dobrej zabawy. - Powiedziała tym razem dziewczyna. Nikt się nie ruszył. Byliśmy na jakimś placu treningowym. Tor przeszkód. Ledwo oświetlony. Tu było mniej pochodni niż tam. Tamta trójka stała i nam się przyglądała. To już. Zaczęło się. Trzeba biec. Podpowiadał mi umysł. Więc nie patrząc na resztę zaczęłam biec. Nikt inny się nie ruszył.
***
Patrzyłem raz na osobę, która wyrwała się biegiem w kierunku tego toru przeszkód, raz na trójkę w czerwonych pelerynach. Widziałem, że inni robią to samo. Nie wiele myśląc ruszyłem również w kierunku placu. Chwilę później usłyszałem jak cała reszta ruszyła za mną. Tor przeszkód był bardzo trudny, przejście go uniemożliwiało blade oświetlenie. Tor wydawał się nie mieć końca. Miałem kilka sekund przewagi, ale i tak parę osób mnie przegoniło. Ale we fragmentach toru to ja wyprzedzałem tych co wcześniej wyprzedzili mnie. Osoba, która ruszyła jako pierwsza, wciąż trzymała się pierwszej pozycji. Miała dużą przewagę. Musieli liczyć, na pewno liczyli. Bo w pewnym momencie gdy inni jeszcze biegli odezwała się ta kobieta.
-Gratuluję przejścia do drugiego etapu. Ruszcie ścieżką dalej. - I tak zrobiliśmy. Co się stało z dwudziestką osób, która została na torze? Nie wiem. Doszliśmy do kolejnej polany oświetloną pochodniami.
-Osiemdziesięciu wejdzie. Wyjdzie sześćdziesięciu. Dwudziestu odpadnie. Bądźcie ostrożni. I przejdźcie na drugą stronę. Bez współpracy. Bez śledzenia. By wyjść z labiryntu potrzebujecie tego. - W dłoni trzymał złotą monetę. Z jednej strony miała symbol dłoni i unoszącym się nad nią kłębkiem dymu lub ognia, a z drugiej strony dwa pirackie miecze skrzyżowane ze sobą. - By to zdobyć musicie wiedzieć co jest złotem.
-Co się stanie z tymi co nie znajdą monety? - Spytał ktoś.
-Pogodzą się z tym, że nie dostaną się do nas. Wrócą do akademika. I zapomną o tym wszystkim raz na zawsze. Waszą zabawę czas zacząć. - Klasnęła w ręce. A ja ... w jednej chwili stałem przed nimi, a w następnej w jakimś ślepym zaułku labiryntu. Teleportowała nas. Monety muszą być w jednym miejscu. Pewnie w sercu labiryntu. Jak mi się udało nie pogubić? Zapamiętałem układ gwiazd i księżyca gdy staliśmy przed labiryntem. Więc wiedziałem na którą stronę mam przejść. Ale najpierw ... środek labiryntu, moneta.
***
Szło mi zbyt łatwo. Dość szybko dotarłam do serca labiryntu. Moneta była w fontannie. Ale by ją wyłowić trzeba było kombinować. Fontanna była pusta, nie było w niej wody. Na dole były kratki, a pod nimi jakieś dwadzieścia centymetrów wolnej przestrzeni i dopiero marmurowy spód fontanny. W miejscach kratki były szersze, w innych były ruchome. Ale pod spodem coś było. Coś wściekłego. Szczur, kret czy kto wie jakie inne cholerstwo. Było bardzo agresywne.
-Cholera! -Wrzasnęłam uderzając dłonią o kratki. A kilka zwierząt tam będących zasyczało na mnie. - Musicie wiedzieć co jest złotem. Milczenie jest złotem. Cisza i spokój. Opanuj się. - Postarałam się uspokoić oddech. Zwierzęta też się uspokoiły. Powoli położyłam się robiąc przy tym trochę hałasu niestety. Po chwili gdy nastała cisza uspokoiły się, a ja sięgnęłam ręką w dół. Wymacałam monetę i ostrożnie wyjęłam ją. - Tak! - Krzyknęłam uradowana. Wstałam i wyskoczyłam z fontanny. Spojrzałam w niebo sprawdzając kierunek w którym powinnam pójść. Kilka minut później byłam już na zewnątrz. Jako pierwsza. Ponownie. Dzisiaj wszędzie jestem pierwsza.
-Zdałaś. Teraz odejdź do baraków. Weź plecak i odejdź do akademika.
-Jednak nie pierwsza, po prostu nikt nie zostaje. - Zaśmiałam się.
-Prawda nikt nie zostaje. Ale jesteś pierwsza Zoey. A teraz już idź.
-Zoey! Listonosz do ciebie! - Z zamyślenia wyrwał mnie głos ojca dobiegający z dołu. Dopiero po chwili do mnie dotarło o co mu chodzi.
-List! Do mnie?! Już biegnę! - Krzyknęłam zrywając się z sofy i pobiegłam na dół. Gdy zbiegałam po schodach ojciec udał się do kuchni by wznowić przygotowania do obiadu.
-Dzień dobry Zoey.
-Dzień dobry panie Anders. Co ma pan dla mnie?
-Coś na co czekasz od dawna. - Z torby wyciągnął list i wyciągnął dłoń z nim w moją stronę. Już z daleka ujrzałam wielki herb Arkadii na kopercie.
-List z uniwerku. - Szepnęłam w szoku odbierając go od niego. Wybuchła we mnie fala radości, ale nagle przygasła. - Co jeśli się okaże, że mnie nie przyjęli.
-Niemożliwe. Jak cię nie przyjęli okażą się głupcami. - Pocieszył mnie. - No dalej otwórz. - Powoli i niepewnie otworzyłam kopertę. Wyjęłam list. Wzięłam głęboki oddech i zaczęłam czytać.
-Szanowna Zoey Delgado z radością informujemy Panią, że dostała pani w pełni opłacone stypendium w Uniwersytecie Arkadia. Gratulujemy przyjęcia w nasze szeregi. Przyjęli mnie. Przyjęli mnie! Przyjęli mnie!!
-Mówiłem ci. - Powiedział pan Anders z uśmiechem. - Gratuluję. I powodzenia na studiach.
-Dziękuję panu.
-Do zobaczenia Zoey.
-Do widzenia. - Powiedziałam zamykając drzwi.
-Czyli jednak zostawiasz rodzinę? - Burknął ojciec z kuchni.
-Nie mam zamiaru do końca życia utknąć za barem w krótkiej mini obsługując twoich obleśnych klientów.
-Zważaj na słowa. - Upomniała mnie matka schodząc na dół. - Idę do Beatrice na ploteczki. Nie czekajcie na mnie.
-Jak zwykle. Może zamiast chodzenia na te swoje ploteczki z przyjaciółkami i wasze wieczorki z winkiem poszłabyś do normalnej pracy. Może w pubie ojca? Świetnie byś się sprawdziła za barem. Z takim biustem i dekoltem zebrałabyś duże napiwki.
-Nie zwracaj się tak do mnie. - Powiedziała ostro.
-Bo co mi zrobisz? Uderzysz? Dasz karę? Wyślesz do kąta? - Zaśmiałam się. - Nie jesteś moją matką, więc nie będziesz mi mówić co i jak mam robić.
-Więc ja cię upominam Zoey. Zachowuj się. To moja żona.
-Chyba pijawka twojej wypłaty. Nie widzisz, że wysysa z ciebie każdy grosz. To nowa sukienka. To nowe buty. Nowa torebka. Ah złamał mi się paznokieć muszę iść do manikiurzystki. Próbujesz zarobić pieniędzy by lepsze życie mieli Colin, Brian, Finn i Jasmina. Ale ona zabiera ci każdy zaoszczędzony grosz. Nie dasz lepszego życia swoim dzieciom, gdy całą wypłatę zżera ona. Gregor i Huan dobrze zrobili odchodząc dawno temu. Ja nie mogę już na was patrzeć. I nie będę musiała. Arkadia mnie wzywa. A ty tato ... opiekuj się tą czwórką lepiej niż naszą trójką.
-Pamiętaj, że mam jeszcze piątkę dzieci.
-To są jej dzieci. Karen i Nikodem są już dorośli. Pięcioletni Bill też jest jej. Jedynie masz z nią dwójkę dzieci w wieku dwóch lat i roku.
-Zoey uspokój się. Bo inaczej będziemy rozmawiać.
-Rozmawiać. Powiedz mi kiedy ostatni raz ze mną normalnie rozmawiałeś? Zanim ona pojawiła się w naszym domu. Gdy ona się tu zjawiła zacząłeś się zachowywać jakbyś chciał się wyrzec całej naszej siódemki. Straciłeś już dwóch synów. Teraz tracisz mnie. Chcesz stracić wszystkie swoje dzieci? Jesteś na dobrej drodze. - Powiedziałam wchodząc po schodach na górę.
***
Odkąd dostałam list, nie mogłam się doczekać wyjazdu z Tijuany. Uniwersytet Arkadia. Jego położenie jest w USA, stan Karolina Południowa, miasto Valilya. Miasto jest duże, położone nad brzegiem morza, z pozostałych trzech stron otacza je las. Uniwersytet Arkadia zajmuje niemal połowę powierzchni miasta. W teren uniwersytetu wchodzi oczywiście kawałek wybrzeża, las, a także dwa jeziora i rzeka. Uniwersytet latami rozrastał się do rozmiaru jaki ma teraz. Na samym początku był jeden mały skromny budynek. Uniwersytet tylko dla chłopców założony przez Jacoba Arkaya, pirata. Chciał by jego syn chodził do dobrej szkoły, żadna mu nie odpowiadała. Więc stworzył własną. Wszystkich swoich synów i synów swoich przyjaciół również piratów przyjmował tam i uczył wraz z wybranymi przez siebie profesorami z czego poniektórzy również byli piratami. Szkoła podstawowa, średnia i studia w jednym. Trójka jego synów gdy dorosła objęła władzę w tym uniwersytecie. Rozbudowali szkołę o kolejne budynki. Dwa akademiki damski i męski, oraz dwie szkoły osobna dla chłopców i osobna dla dziewcząt. Budynek do tej pory istniejący przekształcili w budynek główny. Sekretariat, pokój dyrektorski i nauczycielski oraz sypialnie dla nich i ich rodzin. I tak dalej. Dzisiaj kampus jest ogromny, liczy wiele budynków od różnych wydziałów naukowych, przez basen, kort tenisowy, boisko do siatkówki, koszykówki, piłki nożnej, lacrosse, pole golfowe, mini salon rozrywki w którym znajduje się kręgielnia i salon z wieloma stołami bilardowymi, skończywszy na wielu różnych bractwach. Z tego co Ben mi kiedyś opowiadał gdzieś w podziemiach mieści się tajny klub gdzie profesorowie nie przyłapią ich na piciu, tańcach i innych studenckich atrakcjach. Chociaż studenci są dorośli, lubią się czasem ukryć.
***
W końcu nadszedł ten dzień. Spakowałam się, pożegnałam z młodszym rodzeństwem moim, jak i tym przyszywanym, bo dzieciaki mnie polubiły i przyzwyczaiły do mnie. Ja nie do końca mogę powiedzieć to samo. Chociaż one tu niczego nie zawiniły. Nie potrafię ich do końca zaakceptować, bo są to dzieci tej perfidnej mumii, która przyczepiła się do mojego ojca. Ojciec jest nią oślepiony. Zaczął zaniedbywać nas wszystkich. Już dawno temu jak jeszcze mama z nami mieszkała. Okazało się, że ojciec od lat zdradzał mamę. Ale ona była nie lepsza, też zdradzała ojca i się wyśmiewała z niego za jego plecami, romans miała o wiele dłużej niż on.
-Zoey nie wyjeżdżaj. Zostań z nami.
-Finn muszę wyjechać. Dostałam się na studia.
-Ale przecież nie musisz na nie iść.
-Oh Colin. - Najmłodszy z mojego rodzeństwa, ma pięć lat. - Chcę się jeszcze uczyć. Mieć wyższe wykształcenie. - Poczochrałam go po jego bujnych lokach. - Trzymajcie się dzieciaki. Pa. - Powiedziałam wsiadając do taksówki przy której staliśmy.
Taksówkarz zawiózł mnie na lotnisko, pomógł mi odprawić moje bagaże. Zapłaciłam mu i wtedy przeszłam przez odpowiednią bramkę. Lot wydawał się ciągnąć w nieskończoność. Spełnienie moich marzeń, nie wróć, spełnienie marzeń naszej trójki właśnie zaczęło się dla mnie spełniać. Idę tam przecież nie tylko dla siebie. Dla naszej trójki. Obiecałam to im. Obiecałam to Clay'owi nad jego grobem, obiecałam Benowi nad jego nic nie rozumiejącym ciałem dziecka i patrzącym na mnie nierozumiejącym wzrokiem. Jakby mnie nie pamiętał, jakby mnie nie znał. Może tak jest. Ale ja go nie zapomnę. Nigdy. Obsługa lotniska pomogła mi zapakować moje bagaże na specjalny wózek, który będzie do zwrotu jak wszystko wpakuje w taksówkę. I tak też uczyniłam. Złapałam ostatnią wolną stojącą taksówkę na lotnisku. Uff. Valilya. Przepiękne miasto. Ta architektura i w ogóle wszystko. Takie piękne, eleganckie a zarazem kolorowe i szalone. Miejscami trochę barokowe. W końcu wjeżdżamy na teren uniwersytetu. Proszę taksówkarza by zaczekał na mnie przed Ratuszem do którego chwilę później wchodzę. Melduję się w sekretariacie. Dziesięć minut później wychodzę z informacją bym poczekała na mojego przewodnika. Który zjawia się dosłownie dwie minuty później.
-Witaj, jestem Vincent Mayvel student trzeciego roku. Wciąż nieokreślony. - Zaczął się śmiać. - Moim zadaniem jest odprowadzić cię do twojego pokoju i wprowadzić w panujący tu system.
-Panienko pomogę ci z tymi bagażami. - Mówi taksówkarz biorąc jedną moją walizkę, torbę i wielkie pudło, a sama biorę plecak, dwie torby i drugie pudło.
-Dopóki nie zostaniesz przyjęta do jakiegoś bractwa mieszkasz w akademiku. Mamy najlepsze akademiki w całym kraju, nie chwaląc się. Ale taka jest niestety prawda. Duże i przestronne pokoje. Każdy potrzebuje czasem prywatności i samotności, a w pokoju akademickim trudno o to gdy zaledwie kilka kroków od ciebie jest druga osoba. Co więcej do wyboru mamy pokoje dwuosobowe, trzy osobowe, a także czteroosobowe. Pokój możesz zmienić w każdej chwili, jeśli są jakieś miejsca wolne nie ma z tym problemu, wystarczy iść do sekretariatu i złożyć wniosek, który często rozpatrywany i realizowany jest na miejscu. - Dłuższą chwilę zajęło nam dotarcie do akademika. Weszliśmy na drugie piętro. - Twój pokój Poziom Drugi, korytarz K. W samym sercu akademika. Korytarze J, K, L oraz M mają najlepszy widok w święta. - Powiedział zatrzymując się przed barierką na rozwidleniu korytarzy. - Tutaj w święta staje duża choinka sięgająca aż po sam sufit, a akademik przypominam ma sześć pięter, razem z parterem siedem. Korytarz J jest tam - Wskazał na lewą stronę. - ciągnie się za oba rogi, K to jest ten na którym stoimy i cięgnie się tam daleko i w drugą stronę, L po przeciwnej J, analogiczne - śmieje się wskazując na prawą stronę. - I na przeciwko nas po drugiej stronie korytarz M. W sumie chyba cię to nie interesuje. Ty mieszkasz na korytarzu K, czyli tutaj, pokój 61. To niedaleko. - Uśmiecha się i skręca w prawo. - Oto twój pokój. - Mówi stając przed drzwiami i odkluczając je.
-Niech pan tu postawi moje bagaże. Dziękuję panu.
-Nie ma sprawy panienko.
-Proszę. Reszta dla pana.
-Dziękuję bardzo. Do widzenia.
-Do widzenia. - Oboje pożegnaliśmy taksówkarza.
-Tu masz informator studenta, ulotki o naszych bractwach jakbyś chciała do jakiegoś dołączyć oraz mapa kampusu. Idzie się tu zgubić. Teren jest ogromny. Jakbyś miała jakieś pytania wpadaj do mnie kiedy chcesz. Mój pokój 36L na tym piętrze. W razie czego mój numer zapisałem ci na informatorze. Twoje klucze. - Powiedział wręczając mi trzy klucze. - Radzę nie zgubić, za wyrobienie nowego jest sto dolarów. Ten jest do twojego pokoju, ten drugi do drzwi wejściowych do budynku akademika. A ten do biblioteki. Chociaż studenci mają do niej klucze i dostęp cały czas, radzimy jednak przestrzegać zasad i po godzinie dwudziestej trzeciej już w niej nie przebywać. O dwunastej przy fontannie przed akademikiem moja siostra będzie zabierać grupę nowych na oprowadzenie po kampusie. Powinnaś iść. Swoją drogą wiesz na co się zapisałaś?
-Nie rozumiem.
-Arkadia to nie jest normalna uczelnia. Mówi się o niej że to uniwersytet dla ułomnych, bo siedmioletni tok nauczania, a nie pięcioletni jak większość.
-Mówisz siedem lat wyjętych z życia?
-Tak. Ale wiele osób tu przychodzi. Powód? Wydaje mi się prosty. Mniej zajęć dziennie, więcej czasu wolnego, więcej czasu na studenckie imprezy, a studenci w całym kraju mają duże zniżki. Można by powiedzieć jest to przedłużenie naszej młodości oraz wolności, ucieczka przed podjęciem pracy, wiesz o co chodzi. - Śmieje się. - Muszę uciekać. Jak coś wal do mnie jak w dym, jestem twoim mentorem na ten rok. Do zobaczenia Zoey.
-Do zobaczenia Vincent.
Zaczęłam rozpakowywać swoje rzeczy. Puste pudełka i torby postawiłam na szafie, gdzie nie będą nikomu przeszkadzać. Druga połowa pokoju była już zajęta, ale moja współlokatorka nie pojawiła się do tej pory. Wyszłam przed akademik, żeby zaczekać na siostrę Vincenta, która oprowadziłaby mnie i resztę grupy po kampusie. Było za dziesięć dwunasta, ale przed akademikiem zebrał się już niezły tłumek. Chwilę po dwunastej podeszła do nas dziewczyna. Z rysów twarzy bardzo podobna do Vincenta.
-Witajcie. Nazywam się Diana Mayvel. Dla ciekawskich studentka trzeciego roku, kierunek ekonomia i biznes, przez dwa lata Przewodnicząca Studenckiej Radzie, w tym roku zrezygnowałam z tego tytułu, ale z Rady Studenckiej nie odeszłam. Więc z każdym problemem i pytaniem zapraszam do mnie albo do jakiegokolwiek innego członka naszej Studenckiej Rady. Lista członków, numery ich pokoi są dostępne na każdej świetlicy, w bibliotece, akademiku oraz w ratuszu. Czyli praktycznie wszędzie. Mój pokój 2-48E. Dla wciąż niedoinformowanych, pierwsza cyfra to poziom, od parteru po szóste piętro, następnie numer pokoju i na koniec numer korytarza. Więc zaczynajmy. - Uśmiechnęła się. - Stoimy przy wielkiej fontannie, można by powiedzieć nie pasującej do tego miejsca, bo jest tak inna i tak stara, aczkolwiek bardzo wyjątkowa gdyż ...
-Przedstawia Głównych Założycieli Arkadii. - Odezwał się chłopak z tłumu. - Jacob Arkay, jego trójka synów, Frank, Gale i Merlin, oraz ich dzieci. Beatrice i Nigel dzieci Franka, Oswald, syn Gale'a. Oraz Derek, Kevin i Maria dzieci Merlina. Rodzina piracka. Jacob Arkay był piratem gdy jego żona zaszła w ciąże chciał znaleźć najlepsze szkoły dla niego. Żadna nie przypadła mu do gustu więc wybudował tą. Dla swojego syna. I synów swych przyjaciół. Jego dzieci jak on byli piratami już od najmłodszych lat. W wieku osiemnastu lat odbywały się tu swego rodzaju egzaminy. Uczniowie byli dzieleni na różne grupy, dwie, trzy, cztery. W zależności od ilości uczniów. Dostawali statek. I musieli ograbić jakiś kupiecki okręt. To była szkoła dla przyszłych piratów. Jego synowie wiele lat później, gdy znaleźli sobie żony i urodziły się im dzieci przejęli rolę ojca. A raczej najstarszy syn Frank został nowym dyrektorem. Wraz z braćmi rozbudował to miejsce o nowe budynki. Zrobił z tego miejsca szkołę nie tylko dla chłopców, ale i dziewcząt. Wciąż szkoła piracka. Ich dzieci z kolei, również piraci, bo wykształceni w tym fachu, chcieli coś zmienić. I zrezygnowali z pirackiego życia po śmierci Franka i Merlina na morzu. Nowym dyrektorem został Nigel. Najmłodszy z nich wszystkich, ale syn poprzedniego dyrektora. Wspólnie podjęli decyzję, by zmienić tę szkołę z pirackiej na zwykłą. Z czasem kolejne pokolenia postanowiły uczynić z tego miejsca tylko szkołę wyższą kształcącą w każdym możliwym kierunku. Wśród nich w tamtych czasach znalazł się również kierunek pirata oraz złodzieja. Lecz z czasem te zawody musiały być wykasowane z listy. Dziś to tylko wspomnienie. Dlatego fontanna jest taka duża. Zbudowano ją za czasów władzy Nigela. Przedstawia najważniejsze osoby, które miały związek z tym co dziś nas tutaj otacza. Arkadia ma korzenie pirackie stąd te dziwne symbole na fontannie i nie tylko na niej. Można je znaleźć w różnych miejscach. Czaszka z kośćmi, dwa skrzyżowane miecze, pochodnia, krew oraz wiele słów napisanych w języku nam obcym, być może już nieistniejącym.
-Zdumiewające, że to wiesz.
-Ojciec się tu uczył. Od najmłodszych lat często z rodzeństwem słyszeliśmy opowieści o Arkadii.
-Nazywasz się?
-Dominic Waylder. Ale możesz mi mówić Don.
-Don. Może w takim razie zechciałbyś być przewodnikiem? - Zażartowała.
-Czemu nie. Zapraszam za mną. - Powiedział, a grupa za nim ruszyła, dziewczyna była przez chwilę zdumiona zachowaniem jego jak i grupy świeżaków.
Don ładnie zaczął nas oprowadzać, gdzieniegdzie Diana wtrącała kilka słów dla dopełnienia. I w końcu trafiliśmy znów przed akademik kończąc wycieczkę.
-Sporo wiesz o Arkadii. To się chwali. Mało tu takich jak ty. Ale z drugiej strony tacy jak ty długo nie wytrzymują w Arkadii. W końcu ugrzęznąć tu można na osiem lat.
-Osiem? - Zdziwiłam się. Oboje spojrzeli na mnie. Reszta się już rozeszła. - Twój brat mi mówił, że siedem.
-Ah cały Vincent. Niedoinformowany jak zawsze. Od tego roku mamy nową dyrektorkę. Która już zdążyła wprowadzić wiele zmian. Jedną z nich jest wydłużenie o kolejny rok nauki w Arkadii. A zastanawia się czy by o jeszcze jeden nie wydłużyć.
-Czemu? - Spytałam.
-Nie mam pojęcia. Nie chce nic powiedzieć. Nawet profesorom. Ma jakieś plany co do tej uczelni i uczniów. Chce wprowadzić jakiś nowy system nauczania oraz nowe przedmioty mocno wykraczające po za poziom. Chociaż nie wiem co chce dodać. Ta szkoła ma już wszystko. Jak widzieliśmy trwają pracę nad budową nowych budynków. Co ona zleciła budować? Nie wiem. Jest wiele placów budowy. Jakby tworzyła drugi ośrodek. Pojawiła się znikąd, a panoszy się jak na swoim od lat.
-Don praktycznie nie dał ci dojść do słowa, ale pokazaliście wszystko tak? Opowiedzieliście na pewno o wszystkich bractwach?
-Tak.
-Dziwne. Ja słyszałam o jeszcze kilku.
-To niemożliwe. Nie ma więcej. Są tylko te o których zostało powiedziane.
-A jednak. Co do trzech mam pewność. Do pozostałych trzech już nie bardzo, bo utknęły pod znakiem zapytania. Ale dużo czytałam i znalazło się parę informacji.
-O czym? O jakim bractwie mówisz?
-Nie o jednym, a o sześciu. Bractwo Czarnej Krwi, Bractwo Błękitnej Krwi, Bractwo Błękitnej Róży, Bractwo Czarnego Serca, Bractwo Trzech Smoków, Bractwo Lustra.
-Wybacz pierwsze słyszę.
-Ja też o nich słyszałem. Więc to nie przypadek. Wiesz coś na ich temat? - Odezwał się do tej pory milczący Don.
-Nie, przykro mi. Nic o tym nie wiem. Te nazwy mi nic nie mówią.
-Co nie znaczy, że te bractwa nie istnieją. Są tajne. Mało kto się do nich dostaje. Ktoś wyjątkowy, specjalny tylko dostaje się do ich grona. Może nie byłaś jedną z tych osób, dlatego nic nie wiesz. Nie szkodzi. - Uśmiechnęłam się i odeszłam. Gdy weszłam do pokoju w oczy rzucił mi się list leżący na moim łóżku, na łóżku mojej współlokatorki też. - Ciekawe. Jak ten list się tu znalazł? - Usiadłam na łóżku biorąc ostrożnie kopertę do ręki. Była zaadresowana do mnie. Ładnym pismem było napisane Zoey Delgado. Odwróciłam kopertę powoli i równie powoli ją otworzyłam. Wyciągnęłam list, czarna kartka i czerwono krwawy napis. zaczęłam czytać.
Witaj Zoey,
Zostałaś wybrana spośród setek nowych uczniów Arkadii. Dotknął cię wielki zaszczyt. Stowarzyszenie Bractw pragnie cię poznać i poddać próbą. Wielu próbą. Byśmy mogli wyselekcjonować ciebie, twoje zdolności oraz innych kandydatów. Byś na koniec stała przed wyborem ... A ... albo ... B. Od teraz bądź czujna i ostrożna. Śledzimy każdy twój ruch. Możesz spodziewać się nas w najmniej spodziewanych miejscach i sytuacjach. Pamiętaj ktoś cię zawsze widzi, ktoś cię zawsze słyszy.
Kapłanka Aoiril
Ps. Nie mów głośno o tych sześciu bractwach.-Podsłuchują mnie? Gdzie tu prywatność do cholery? Ale chciałaś, masz. Udało się. To prawda. To dla naszej trójki. - Powiedziałam patrząc na zdjęcie stojące w ramce na mojej szafce, przedstawiające mnie, Bena i Claya. W tej chwili usłyszałam klucz w drzwiach. Po chwili stanęła w nich rudowłosa dziewczyna.
-O mam współlokatorkę. - Ucieszyła się wchodząc do pokoju. - Jestem Nickolett Viaz na pierwszym roku oczywiście.
-Zoey Delgado. Też pierwszoroczniak ze mnie.
-Hiszpanka?
-Nie. Meksykanka.
-Widzisz ty pochodzisz z Meksyku, ja z Hiszpanii. Dogadamy się. Tak sądzę. Co to jest? - Spytała podnosząc kopertę ze swojego łóżka.
-Leżało już tak jak tu przyszłam. Też dostałam. - Powiedziałam pokazując jej trzymaną przeze mnie w rękach kopertę i list. Zaczęła czytać.
-Kapłanka Aoiril? Stowarzyszenie Bractw? O co chodzi?
-Nie wiem czy możemy o tym rozmawiać. Widziałaś ostrzeżenie w liście. Poczekajmy do jakiegoś oficjalnego nie wiem spotkania z nią?
-Może masz rację. - Usłyszałam szelest w mojej kopercie. Zmarszczyłam brwi i otworzyłam ją ponownie. Był tam drugi list. Ale jak to? Wcześniej nie zauważyłam by były tam dwie kartki. A jedną trzymałam już w dłoni. Wyciągnęłam drugi list. A raczej kartkę sztywnego czarnego papieru.
MOST NAD RZEKĄ, DZIŚ O ZMIERZCHU
Napisany czerwonymi literami, odwróciłam kartkę drobnym druczkiem był tam również napis ale na biało.
Nikomu nie mów. Idź sama. Nie daj się rozpoznać. Nie rozmawiaj z nikim do pierwszego spotkania.
Ps. Dobrze wybrnęłaś z sytuacji z Nickolett. Będą z ciebie ludzie ;)
Mówi serio. Obserwują nas w każdej chwili. Widzą i słyszą wszystko. Ale zaraz. Skąd wiedzieli, że będę o tym rozmawiać z Nickolett i jak się zachowam. Najpierw dostałam list, potem przyszła ona. Chyba, że ... Ale nie to nie możliwe. Ale ... Chłopcy mi opowiadali, że te bractwa są magiczne. Czyli magia istnieje naprawdę. A to ... ten drugi list za sprawą magii znalazł się w kopercie. Czad. Uśmiechnęłam się. Wszystko zaczyna nabierać logiczną całość, chociaż to wciąż nie jest logiczne. Te wszystkie opowieści. Magia istnieje. I chcą bym była jej częścią. Częścią tego drugiego świata. Tak! W tym momencie nasze drzwi się otworzyły. I do pokoju wszedł chłopak.
-Jared słuchaj ... Ouu wybaczcie panie. Chyba pomyliłem pokoje. Pokój 61 się zgadza. To korytarz M?
-Nie. K.
-Przepraszam. Już mnie nie ma. Miłego dnia dziewczyny. - Powiedział cofając się do wyjścia.
-Dzięki. Wzajemnie. - Odpowiedziałam zaczął zamykać drzwi, ale zatrzymał go Don.
-Ooo cześć ... Wybacz, ale nie przedstawiłaś się nam wcześniej.
-Zoey.
-Zoey. Piękne i wyjątkowo rzadkie imię.
-Dzięki.
-Zoey. A dalej jak?
-Delgado.
-Jesteś z Meksyku?
-Tak.
-Tak sądziłem. Masz coś w sobie co widziałem w jednej dziewczynie, którą kiedyś znałem, też była z Meksyku właśnie. Ale czekaj nazwisko Delgado coś mi mówi.
Mój straszy brat zaczął karierę wokalną. Chociaż według mnie słabo mu idzie.
-Możliwe, że go słyszałem w radio.
-To bardzo możliwe. Małej części ludzi się on podoba. Może rozejdzie się na cały świat. Ale kto wie. Ja mu nie wróżę ogromnej kariery.
-Wyrodna siostra z ciebie.
-Może trochę. Ale szczera. I to się liczy. I on to docenia.
-Co prawda to prawda. Lepsza szczera opinia siostry, niż słodkie mydlenie oczu wszystkich innych.
-Dokładnie.
-Może dasz się zaprosić na drinka? Widziałem fajny studencki pub niedaleko. Albo na pizze. Jak wolisz.
-Ymm no spoko. Daj mi chwilę.
-Jasne. Zaczekam przy fontannie.
-Dobra. - Uśmiechnęłam się a on odszedł. Zamknęłam za nim drzwi. - Pierwszy dzień tu, a już mam adoratora? Hahaha - No nie wierze. Czy ten dzień mógł być bardziej piękny?
-Gratulacje. Powodzenia.
-Dzięki. - Powiedziałam. Wzięłam moją czarną bluzę z kapturem przewiązałam przez pas. Listy schowałam w kopertę, a kopertę w kieszeń jeansów. Biorąc telefon, portfel i klucze wyszłam z pokoju.
Poszliśmy do pizzerii i przesiedzieliśmy tam kilka ładnych godzin rozmawiając i poznając się wzajemnie.W końcu powiedziałam, że muszę już iść. Udawałam, że idę do akademika, by chwilę później potajemnie zniknąć w lesie. Założyłam kaptur na głowę i szłam. Na moście jeszcze nikogo nie było. Nie ważne. Oparłam się o barierkę i zapaliłam papierosa. Po kilku minutach pojawiła się kolejna osoba. Bez słowa stanęła niedaleko mnie, opierając się o most. I tak co kilka minut ktoś przychodził.
-Zostaliście wybrani. - Po drugiej stronie mostu stały trzy postacie w czerwonych pelerynach i złotych maskach. Każdy miał inną. Były demoniczne. - W ciągu ostatnich lat przykuliście uwagę Zakonu. Chcemy teraz was lepiej poznać. Sprawdzić was. Z pięciuset nowych studentów naszego uniwersytetu wybraliśmy waszą setkę. Nie cieszcie się. Nie wszyscy dotrą do końca. Niektórzy z was już się znają. Ale nie wszyscy. I tak niech pozostanie. Nie zdradzajcie się. Teraz poprosiłbym by każdy po kolei do nas podszedł. - Nie było chętnych. Nikt się nie kwapił do tego by być pierwszym. Więc wystąpiłam przed tłum i stanęłam przed nimi. - Gratuluję odwagi. Zostaniesz zapamiętana. Trzymaj. Idź tą ścieżką za nami prosto, póki nie dojdziesz do drewnianych baraków. Przebierz się, a plecak zostaw podpisany. Z pokoju wyjdziesz gdy ponownie was wszystkich wezwiemy. Idź. - Zrobili mi przejście gdyż stali na środku ścieżki. Wzięłam głęboki oddech i uśmiechnęłam się. Odważnym krokiem ruszyłam do przodu. Nie odwracałam się za siebie. W końcu doszłam na polanę gdzie były baraki, miejsce było oświetlone wieloma pochodniami. Baraki były ponumerowane. Chciałam wejść do jakiegoś środkowego, ale drzwi nie dało się otworzyć. Tylko pierwsze były otwarte.
-Jako pierwsza przyszłam, więc wchodzę do pierwszego tak? No dobra. - Weszłam i zamknęłam za sobą drzwi. Był to jeden pokój, łóżko, stół i krzesło. Na stole stał świecznik z siedmioma świecami, wszystkie siedem zapalone. Rozebrałam się do bielizny i ubrałam czarne getry, czarną bluzkę z długim rękawem, czarną bluzę wciąganą przez głowę, bez kaptura, oraz czarny długi płaszcz z kapturem dość głębokim, była także czarna maska dosyć gruba, wręcz nienaturalnie gruba. Nie miała żadnej gumki, która by mi ją trzymała na głowie. - No przecież spadnie. - Mruknęłam pod nosem. Ale przyciągnęłam powoli maskę do twarzy. I ku mojemu zdziwieniu trzymała się nawet jak twarz skierowałam ku dołowi. Była jakby przyssana. Miałam wrażenie, że wieczność siedzę w tym pokoju. Ale w końcu usłyszałam donośny głos.
-Załóżcie maski. I wyjdźcie do nas. - Wstałam z łóżka i nadusiłam klamkę. Teraz drzwi się otworzyły z łatwością. Wcześniej nie chciały drgnąć. Wyszłam na zewnątrz. Gdy wszyscy to uczynili odezwał się ponownie. - Od dziś na każde nasze wezwanie przychodzicie tak ubrani. Nie wiedząc kto jest kim. Zapamiętajcie numer swojego baraku. Już? To za mną. - Powiedział i we trójkę ruszyli dalej ścieżką. Nikt nie chciał się znów ruszyć. Nikt, oprócz mnie. Bo ja od razu ruszyłam za nimi. Inni po dłuższej chwili.
-Trzeba oddzielić ziarno od plew. Bez chamskich zagrywek. Uczciwa walka. Dwudziestu tu odpadnie. Dobrej zabawy. - Powiedziała tym razem dziewczyna. Nikt się nie ruszył. Byliśmy na jakimś placu treningowym. Tor przeszkód. Ledwo oświetlony. Tu było mniej pochodni niż tam. Tamta trójka stała i nam się przyglądała. To już. Zaczęło się. Trzeba biec. Podpowiadał mi umysł. Więc nie patrząc na resztę zaczęłam biec. Nikt inny się nie ruszył.
***
Patrzyłem raz na osobę, która wyrwała się biegiem w kierunku tego toru przeszkód, raz na trójkę w czerwonych pelerynach. Widziałem, że inni robią to samo. Nie wiele myśląc ruszyłem również w kierunku placu. Chwilę później usłyszałem jak cała reszta ruszyła za mną. Tor przeszkód był bardzo trudny, przejście go uniemożliwiało blade oświetlenie. Tor wydawał się nie mieć końca. Miałem kilka sekund przewagi, ale i tak parę osób mnie przegoniło. Ale we fragmentach toru to ja wyprzedzałem tych co wcześniej wyprzedzili mnie. Osoba, która ruszyła jako pierwsza, wciąż trzymała się pierwszej pozycji. Miała dużą przewagę. Musieli liczyć, na pewno liczyli. Bo w pewnym momencie gdy inni jeszcze biegli odezwała się ta kobieta.
-Gratuluję przejścia do drugiego etapu. Ruszcie ścieżką dalej. - I tak zrobiliśmy. Co się stało z dwudziestką osób, która została na torze? Nie wiem. Doszliśmy do kolejnej polany oświetloną pochodniami.
-Osiemdziesięciu wejdzie. Wyjdzie sześćdziesięciu. Dwudziestu odpadnie. Bądźcie ostrożni. I przejdźcie na drugą stronę. Bez współpracy. Bez śledzenia. By wyjść z labiryntu potrzebujecie tego. - W dłoni trzymał złotą monetę. Z jednej strony miała symbol dłoni i unoszącym się nad nią kłębkiem dymu lub ognia, a z drugiej strony dwa pirackie miecze skrzyżowane ze sobą. - By to zdobyć musicie wiedzieć co jest złotem.
-Co się stanie z tymi co nie znajdą monety? - Spytał ktoś.
-Pogodzą się z tym, że nie dostaną się do nas. Wrócą do akademika. I zapomną o tym wszystkim raz na zawsze. Waszą zabawę czas zacząć. - Klasnęła w ręce. A ja ... w jednej chwili stałem przed nimi, a w następnej w jakimś ślepym zaułku labiryntu. Teleportowała nas. Monety muszą być w jednym miejscu. Pewnie w sercu labiryntu. Jak mi się udało nie pogubić? Zapamiętałem układ gwiazd i księżyca gdy staliśmy przed labiryntem. Więc wiedziałem na którą stronę mam przejść. Ale najpierw ... środek labiryntu, moneta.
***
Szło mi zbyt łatwo. Dość szybko dotarłam do serca labiryntu. Moneta była w fontannie. Ale by ją wyłowić trzeba było kombinować. Fontanna była pusta, nie było w niej wody. Na dole były kratki, a pod nimi jakieś dwadzieścia centymetrów wolnej przestrzeni i dopiero marmurowy spód fontanny. W miejscach kratki były szersze, w innych były ruchome. Ale pod spodem coś było. Coś wściekłego. Szczur, kret czy kto wie jakie inne cholerstwo. Było bardzo agresywne.
-Cholera! -Wrzasnęłam uderzając dłonią o kratki. A kilka zwierząt tam będących zasyczało na mnie. - Musicie wiedzieć co jest złotem. Milczenie jest złotem. Cisza i spokój. Opanuj się. - Postarałam się uspokoić oddech. Zwierzęta też się uspokoiły. Powoli położyłam się robiąc przy tym trochę hałasu niestety. Po chwili gdy nastała cisza uspokoiły się, a ja sięgnęłam ręką w dół. Wymacałam monetę i ostrożnie wyjęłam ją. - Tak! - Krzyknęłam uradowana. Wstałam i wyskoczyłam z fontanny. Spojrzałam w niebo sprawdzając kierunek w którym powinnam pójść. Kilka minut później byłam już na zewnątrz. Jako pierwsza. Ponownie. Dzisiaj wszędzie jestem pierwsza.
-Zdałaś. Teraz odejdź do baraków. Weź plecak i odejdź do akademika.
-Jednak nie pierwsza, po prostu nikt nie zostaje. - Zaśmiałam się.
-Prawda nikt nie zostaje. Ale jesteś pierwsza Zoey. A teraz już idź.
Komentarze
Prześlij komentarz