Rozdział 2 Wstęp do Bractwa

Trzydzieści baraków było otwartych. Ich rzeczy zniknęły. Weszłam do baraku numer jeden. Mojego. Przebrałam tylko spodnie. Z długich czarnych getrów na moje krótkie jeansowe spodenki. Wzięłam plecak i pobiegłam w stronę akademika. Na skraju lasu zdjęłam pelerynę, bluzę i maskę i wrzuciłam w plecak, a założyłam moją bluzę. I ruszyłam dalej. Nickolett nie było. Wiem, że dostała zaproszenie. Ale ciekawe czy odpadła czy wciąż jest w labiryncie. Przebrałam jeszcze koszulkę i schowałam ją w plecak, a jego ukryłam pod łóżkiem. Wzięłam ręcznik i kosmetyczkę oraz moją piżamę i poszłam pod prysznic. Prysznice oczywiście koedukacyjne. Nie mam z tym problemu na szczęście. Wzięłam długi prysznic. Był orzeźwiający. Gdy wróciłam do pokoju Nickolett już była.

-Jak tam randka? - Spytała gdy zamknęłam drzwi.
-Nie nazwałabym tego randką. Raczej przyjacielskie spotkanie. Chociaż przyjaciółmi raczej nas nazwać jeszcze nie można. Ledwo się znamy.
-Ale przyznaj, wpadł ci w oko Dominic.
-Tak. Jest intrygujący. Ma w sobie jakąś tajemnicę. Ale nie w sensie, że coś ukrywa tylko ... - Uśmiechnęłam się.
-Wiem o co ci chodzi. Parę lat temu spotkałam chłopaka, który miał coś w sobie co mnie do niego przyciągało. Nie umiałam tego nazwać. Był w moim wieku. Dogadywaliśmy się świetnie. Aż pewnego dnia zniknął. Z dnia na dzień. Przestał się odzywać. Do dziś nie wiem czemu. Co się stało. Jego rodzina również. Szukają go do dziś. Nie stracili wiary. Podziwiam ich. Ja się już dawno pogodziłam z tym, że więcej go nie zobaczę.
-Nie zastanawia cię co się z nim stało? Gdzie się podział? Co motywowało go do ucieczki? Czy nadal żyje?
-Sądzę, że tłamsił się w tej dziurze z której pochodziliśmy. Chciał się uwolnić od rodziny, a nie pozwalali mu na to. Nie miał prawa mieć własnego zdania. Ani on, ani jego rodzeństwo. Nikt w jego rodzinie. Od pokoleń jego rodzina przyrzeka sobie wierność. Każde dziecko po skończeniu szóstego roku życia podpisuje pakt, krwią. Bał się uciec od rodziny, bo bał się konsekwencji. Nie wiedział, nie miał pewności czy jakieś są. Rodzina od zawsze wmawiała mu, że są i radzą mu nie robić nic głupiego. Ale on jak to on. Zawsze pakował się w tarapaty. Zawsze popełniał jakieś głupstwo. Chciał być wolny. Czy to źle, że postanowił uciec? Nie chciałam go szukać, nie chciałam go dalej kochać, by go nie musieć uwięzić ponownie w tym mieście. Jak się uwolnił, niech żyje. On ruszył dalej, więc i ja powinnam. Czy zachowałam się samolubnie, egoistycznie, podle chcąc by był szczęśliwy? Mam nadzieję, że żyje. Gdzieś w tym wielkim świecie. I że jest szczęśliwy. U boku innej.
-Ja bym chyba nie była w stanie się z takim faktem tak łatwo pogodzić.
-Zmieniając temat. Idziesz jutro na potańcówkę do Chaosu?
-Widziałam plakaty rozwieszone na kampusie, ale jakoś się nie zastanawiałam.
-Chodźmy razem. Może wyrwiemy jakiś bliźniaków. Z tego co się zdążyłam zorientować na kampusie jest ich trochę. Na naszym roku jest aż osiem par bliźniaków, trzy pary bliźniaczek oraz dwie pary bliźniaków chłopak i dziewczyna. Na drugim roku podobnie siedem par bliźniaków, trzy pary bliźniaczek i jedni bliźniacy różnej płci. Na trzecim roku jest pięć par bliźniaków i trzy pary bliźniaczek. Na czwartym trzy pary bliźniaków i jedna para bliźniaczek. Reszty jeszcze nie zdążyłam obczaić.
-Masz jakąś manię na punkcie bliźniaków?
-Nie. Po prostu, wiesz ... pomyślałam. My dwie, współlokatorki, przyjaciółki, bo mam nadzieję zostaniemy nimi oraz dwóch bliźniaków, po jednym dla każdej z nas. Chyba, że jednak chcesz coś kręcić z Donem? To wtedy okej.
-Sama nie wiem.
-Dziewczyno ja myślę, że wpadłaś mu w oko. Inaczej by nie zahaczył o nasz pokój przechodząc obok naszych otwartych drzwi.

***

Dni mijały, a my codziennie byliśmy poddawani jednej próbie. Zawsze odpadało kilka osób. Liczby były różne. Po tygodniu została nas trzydziestka. Zostaliśmy wezwani, tak jak zawsze za sprawą magicznie pojawiającej się kartki w naszej kieszeni. Nauczono nas jednej magicznej sztuczki. W dowolnym momencie gdy wypowiem Queteerdin Kaley nasze ubranie zmienia się na strój otrzymany pierwszego dnia. Czyli czarne getry, czarna bluzka, czarna bluza, czarny długi płaszcz i czarna maska. Z ciekawości próbowałam w ten plecak wsadzić inne ubrania i wypowiedzieć te słowa by się w nie przebrać. Nie podziałało. Ubrało mnie w ten czarny strój. Gdy ponownie rzuciłam to zaklęcie, przebrało mnie w to samo w czym byłam wcześniej.

O PÓŁNOCY W OPUSZCZONYM DOMOSTWIE

Więc tak jak pisało, udałam się tam. Będąc w połowie lasu rzuciłam zaklęcie. Odziało mnie w czarny strój, z kapturem zarzuconym na głowę i maską na twarzy. Na miejscu byłam przed czasem. Kilka osób już tam było. Teren oświetlały dwa wysokie ogniska rozpalone po obu stronach drzwi domu. Ale ludzi przybywało i przybywało. Było więcej niż trzydzieści. Sporo więcej. Większa połowa miała srebrne maski. Zabrzmiał dzwon. Zabił dwanaście razy oznajmiając północ. Gdy jego echo ucichło przed nami pojawiło się sporo osób w złotych maskach i czerwonych płaszczach.
-Pewnie połowa z was dziwi się czemu jest was tak dużo i są oni w srebrnych maskach. Otóż ci którzy odpadli byli utworzeni w drugą grupę. I przechodzili inne testy. Jak wspominaliśmy na początku ... selekcja. Tak więc trzydziestko Czarnych wystąpcie. - Gdy wystąpiliśmy przed szereg grupy odezwała ponownie. - Zdejmijcie maski. - Poczekała aż to uczynimy. Zdjęłam maskę i przyczepiłam ją do lewego ramienia jak radzono mi to zrobić gdy zostaniemy o to poproszeni w  odpowiednim czasie. Wszyscy uczynili tak samo. - Od dziś jesteście Uznani. Ale miejcie się na baczności. Jeden zły ruch i wylecicie. Zapomnicie o tym co przeżyliście od pierwszego dnia na kampusie. Czterdziestko Srebrnych wystąpcie do przodu. - My się nie cofnęliśmy, oni wyszli przed nas. - Zdejmijcie maski. - Zaczekała aż to zrobią. - Od dziś jesteście Uznani. To samo ostrzeżenie do was. Miejcie się baczności. Mały błąd może srogo kosztować. Teraz ostatni test. Wejdźcie tam. Pozwólcie odnaleźć się przez symbole bractw. Jest ich tam ukrytych sześć. Jeden wezwie każdego z was. Może być tak, że tylko jedna osoba wyjdzie z danym symbolem, a może zdarzyć się tak, że połowa wyjdzie z tym samym. Pamiętajcie to nie wy wybieracie. To symbol wybierze was. Jest ich tam ukrytych sporo. Może być tak że wszystkie na dole was nie wybiorą, ale jakiś jeden na górze tak, po mimo tego, że na dole było mnóstwo tamtych. Nie od nas to zależy. W tych symbolach uwięziona jest magia przodków. To przodkowie wybierają sobie następców swej magii, swej mocy. Może się zdarzyć też tak, że dwa albo trzy symbole was wybiorą. Więc nie wychodźcie od razu po pierwszym wezwaniu. Idźcie. - Znów nikt się nie chciał ruszyć. Zrobiłam powoli krok do przodu, a potem następny, zaczęłam wymijać ludzi będących przede mną i ruszyłam ku wejściu. Przy ogniskach stały dwie postacie. Jedna z nich podała mi małą pochodnię. Była zgaszona. Ruchem głowy wskazał na ognisko. Przybliżyłam do niego pochodnie, a ta zapłonęła. Weszłam do budynku. Budynek ogromny. Stanęłam przed kominkiem. Nad nim wisiał obraz. Przedstawił całą rodzinę Arkay. Od pierwszego ich członka po dzieci Nigela i jego rodzeństwa i kuzynostwa. Ten obraz był jedyną rzeczą w domu, która nie była dotknięta pożarem, który miał miejsce w tym domu setki lat temu.
-To dom założycieli. Rodzinny dom piratów, którzy stworzyli Arkadię. Spłonął za sprawą wiedźmy chcącej się zemścić na synu Nigela. Henryk Arkay rozkochał w sobie wiedźmę, a potem ją upokorzył, ta w odwecie kilka lat później zemściła się na nim i jego rodzinę. Spłonęli wszyscy, jego dziadkowie, wujostwo, rodzice, kuzynostwo, rodzeństwo, żona i dzieci. Potem ogień tajemniczo zniknął tak samo jak się pojawił. Henryk znalazł tylko spalone szkielety bliskich. Mówi się, że oni wciąż nawiedzają to miejsce. Szukając zemsty. Na swym krewnym i na wiedźmie.
-Sporo wiesz Don. - Uśmiechnęłam się do niego. Na ramieniu miał czarną maskę. Więc zalicza się do tej samej grupy co ja.
-Chcąc wstąpić do jednego z Bractw musiałem się wiele dowiedzieć. Znajdźmy to po co tu przyszliśmy.
-Masz rację Don. - Powiedziałam i zaczęłam rozglądać po domu. Symbolami były czarne serce, czarna kropla, błękitna kropla, błękitna róża, złoty smok i złote lustro. Łapałam w dłonie niektóre z nich, ale nic się nie działo, więc odkładałam spowrotem na miejsce. Przesuwając dłoń nad jedną z figurek smoka zaczęła się trząść i świecić.
-Wybrał cię. Chwyć go. - Obok mnie pojawił się chłopak w złotej masce. Wszyscy patrzyli na mnie. Byłam pierwszą osobą do której figurka przemówiła. Chwyciłam ją. Ze smoka wydobywało się światło oplotło moją dłonią, ramię i przedramię a następnie zniknęło w moim sercu. Całe tam przeszło.
-Co się właśnie stało?
-Magia uwięziona w tym smoku przeszła na ciebie. Gratulacje. Jesteś jedną z nas. Szukaj dalej. Kto wie. Może będziesz obdarzona większą mocą. Praktycznie zawsze zdarza się, że osoba pierwsza obdarzona zostaje posiadaczem dwóch znaków. Przeszłam przez cały dolny poziom i nic więcej się nie wydarzyło. Ruszyłam ku schodom. Na nich również były figurki. Gdy przechodziłam nad jedną z błękitnych róż zaświeciła się ona. Chwyciłam ją w dłoń i stało się to samo co wcześniej.
-Gratuluję. To już twoja druga tak? - Spytała Nickolett patrząc na mnie ze szczytu schodów.
-Tak. Dziękuję. Nicki patrz. - Powiedziałam widząc, że figurka nad którą miała rękę zaczęła się świecić.
-Czarna róża.
-Wybrała cię. - Nicki ostrożnie chwyciła ją w dłoń. A magia przez nią przepłynęła aż do jej serca tak jak w moim przypadku.
-Gratulacje. - Uśmiechnęłam się do niej i ruszyłam w głąb piętra domu.
-Dzięki. - Uśmiechnęła się lekko. Zaczęłam przeszukiwać całe piętro i nic się działo. W końcu weszłam do ostatniego pokoju. Gdy miałam dłoń nad stolikiem na którym było kilka figurek dwie z nich się rozświetliły. Czarne serce i błękitna kropla krwi. Chwyciła obie jednocześnie i ich magia na mnie spłynęła. Nic więcej się nie działo. Więc zeszłam na dół i wyszłam przed dom pochodnie odebrała mi postać, która mi ją wręczyła.
-Stań w szeregu Uznana. - Powiedział do mnie, a ja stanęłam obok innych osób, które już wyszły.

Jak to możliwe, że ja jako pierwsza weszłam, a wychodzę gdzieś w środku? Skupiłam się trochę na zwiedzaniu tego spalonego domu. Meble i obrazy były lekko przypalone, mocno osmolone no i oczywiście zakurzone i spróchniałe ze starości. Z większości mebli i ścian farba wyblakła ze starości. Dom musiał być kiedyś bardzo piękny. Wiele obrazów było wciąż zachowanych w dobrej formie. Dało się mniej więcej ujrzeć co lub kogo autor namalował na swych dziełach. Gdy już wszyscy wyszli z opuszczonego domu. Dwie postacie stojące przy ogniskach za sprawą magii ugasiły je. Nastała ciemność. Po chwili w tamtych miejscach zapaliły się dwie małe pochodnie. To oni trzymali je w dłoniach. Ruszyli w naszą stronę. Stanęli po obu stronach postaci stojącej na środku placu. Po chwili kilka metrów w prawo kolejna postać podpaliła swoją pochodnie oraz kilka metrów w lewo kolejna postać zrobiła to samo. Wtedy odezwała się ponownie kobieta stojąca na środku.
-Każdy z was został wybrany. Jedni przez jeden symbol inni przez więcej. By władać mocą, którą otrzymaliście, będziecie musieli ją przebudzić. Jak? Będziecie musieli sami znaleźć sposób. Niech rękę podniosą ci co otrzymali Czarne Serce. - W górę rękę podniosło dwadzieścia pięć osób, w tym ja. - Niech rękę uniosą ci co otrzymali Czarną Kroplę Krwi. - Dwadzieścia cztery osoby. - Niech w górę rękę wzniosą ci co otrzymali Błękitną Kroplę Krwi. - Razem ze mną zgłosiło się trzydzieści sześć osób. - Niech rękę podniosą ci co otrzymali Błękitną Różę. - Wraz ze mną zgłosiło się czterdzieści siedem osób. Wow. - Niech w górę rękę wzniosą ci co otrzymali Złotego Smoka. - Razem ze mną osiemnaście osób. - Niech rękę podniosą ci co otrzymali Złote Lustro. - Nikt. Szok. Było widać po nich niepokój. Rozbrzmiały wśród nich szepty. Ale nic nie byłam w stanie zrozumieć. - Więc ustalone. Podzieliliśmy was na trzy klasy ...
-Wybacz Mistrzyni, ale w tym roku będą cztery. - Odezwał się cicho chłopak stojący za nią.
-Podejdź. - Uczynił o co go poprosiła i pokazał jej zeszyt w którym za sprawą magii notował, kto jaki symbol dostał. - Zoey Delgado. Dominic Waylder. Blaise Northis. Rebeca Atwood. Emily Crane. Theo Morton. Wystąpcie. - Przełknęłam głośno ślinę i wystąpiłam przed szereg. - Wyciągnijcie ręce z waszymi figurkami. - Tak zrobiliśmy. Wtedy jedna z postaci podeszła do każdego z nas i obejrzała je. Następnie odeszli bez słowa i szepnęli coś na ucho kobiecie. - Są bez magii. Więc ich magia powinna być w was. Pokażcie nam swoje znaki. Podnieście w górę ubranie. - Uczyniłam z lękiem to o co poprosiła. Na swoim brzuchu ujrzałam cztery symbole. Czarne Serce, Błękitna Kropla, Błękitna Róża i Złoty Smok. - Przekonaliście nas, że nie oszukaliście nas. Jesteście wyjątkami. Pierwszy raz od trzystu czterdziestu sześciu lat utworzymy cztery klasy. Udajcie się za Kyle'm. - Chłopak wystąpił przed szereg i ruszył ku wejściu do domu. Niepewnym krokiem nasza szóstka poszła za nim. Zatrzymał się i magią podpalił dwa ogniska, a następnie połączył je tworząc ścianę ognia.
-Klasa pierwsza, zaawansowana. Wybrani. Główny Opiekun Klasy Wybranych Kyle Blake. - Powiedział i zdjął swoją maskę byśmy mogli go ujrzeć. - Zapraszam do naszego Bractwa. - Powiedział wskazując ścianę ognia.
-Mamy w nią wejść? - Spytałam.
-A boisz się?
-Tak. I nie.
-Ciekawe.
-Mam zaufanie do ciebie i reszty bractwa, więc nie boję się wejść w płomienie, ale strach tkwi we mnie, bo to jednak ogień. Ogień który parzy, rani. Strach przed spłonięciem jest silniejszy niż ... - Zabrakło mi słów. - Ale nie ważne. Nie można dać się stłamsić przez własny strach. Trzeba go przegonić. Tego nas uczyliście w ostatnich dniach. Odrzucić strach. Zaufać. I przejść. - Powiedziałam uspokajając się i zrobiłam kilka pewnych kroków w stronę ściany ognia. Zawahałam się. Dosłownie na chwilkę zatrzymałam się przed nią. Po czym wzięłam oddech, uśmiechnęłam się i przeszłam przez płomienie. Ku mojemu zdziwieniu, chociaż po części tego się spodziewałam nie byłam już na zewnątrz przed starym domostwem, a w holu jakiegoś zamku. Po chwili obok mnie znalazł się Don. A po dłuższej chwili następny chłopak.
-Gdzie my jesteśmy? - Spytał.
-Dostaliśmy się do Zakonu Magów. Więc pewnie w ich siedzibie. - Powiedziałam.
-Jednej z wielu. - Ze schodów schodził do nas chłopak również odziany w czerwoną pelerynę, na ramieniu miał przyczepioną złotą maskę. - Ale o wszystkim opowie wam wasz Opiekun Klasy. - Uśmiechnął się. - Kyle. To już? I ty jesteś opiekunem? - Spytał w szoku gdy w końcu i on pojawił się wśród nas.
-Tak. Najsilniejsza grupa. Czterech Znaków.
-Czterech? To możliwe?
-Tak. Od dawna nie było takich jak oni. Szykuje się coś. Dlatego przodkowie zaczęli działać.
-Tak uważasz?
-Jest inne wyjaśnienie?
-Jesteśmy tak dobrzy i ambitni byśmy byli tego godni? - Dodałam zwracając na siebie ich uwagę. Spojrzeli na mnie pierw z powagą, a potem się zaśmiali.
-Możliwe. - Powiedział Kyle. - Zaczekaj tu na grupę Margaery. Jej grupa za chwilę zacznie tu przybywać. A wy za mną.

Ruszyliśmy korytarzem za nim. Wszedł do jednego z pomieszczeń. A my za nim. Musiał rzucić jakieś zaklęcie, bo zauważyłam, że większość ławek i krzeseł zniknęła. Zostało tylko sześć stanowisk.
-Siadajcie. - Powiedział i oparł się o biurko czekając aż zajmiemy miejsca. Usiadłam w środkowej ławce pierwszego rzędu. Po mojej lewej usiadł Don, po prawej Theo, a pozostała trójka za nami. - Tak więc jak już wiecie nazywam się Kyle Blake. Opiekun Główny waszej Klasy. Będę was prowadził i w razie potrzeby bronił. Ale nie wykorzystujcie tego. Nie chcecie poznać mojego gniewu. Jesteście najwyższej klasy nowymi magami od setek lat. Nie byliśmy na to przygotowani. Nie ma wśród nas nikogo, kto mógłby was odpowiednio poprowadzić. Więc padło na mnie. Jestem jednym z najbardziej doświadczonych magów godnych tego stanowiska, chociaż przyznaję kujonem nie byłem za czasów mojego Uznania. - Zaśmiał się. - Jesteście Wybranymi. Czyli grupą osób na którą spadnie największa odpowiedzialność. Od was będzie się oczekiwać więcej niż od innych. Bo jesteście najsilniejsi spośród swojego rocznika. Macie Cztery Znaki. Do tej pory Wybranymi zawsze była cała grupa z Trzema Znakami. - Podniosłam rękę w górę. - Już pytania? - Zaśmiał się. - Mów Zoey.
-Zostaliśmy już przyjęci tak? Ale do jakiego z bractw? Jest sześć. Sądziłam, że dostaniemy jakiś wybór. Albo zostanie on nam nałożony z góry. Ale nikt nic nie mówił.
-Kiedyś rekrutowaliśmy więcej ludzi. By móc ich pilnować potrzebowaliśmy więcej naszych, więc też więcej miejscówek, można powiedzieć. Sześć Bractw zostało założonych by podzielić was. Według waszych statystyk. Na każde z bractw przypadały mniej więcej czterdzieści cztery osoby. Ale dwadzieścia lat temu zaprzestaliśmy działalności takiemu systemowi. Przyjmowani są wszyscy w jedno miejsce. Jako jedna grupa. Więc też mniej osób zaczęliśmy przyjmować. Sześć Bractw już nie istnieje. Po nich zostały tylko symbole w których magia zostaje ukryta po śmierci maga.
-Więc jak nazwać mamy to do czego dołączyliśmy? Raz mówicie o tym Zakon, raz Bractwo, a raz Stowarzyszenie.
-I to jest dobre pytanie. Punkt za spostrzegawczość. Jest mowa o kilku instytucjach. Stowarzyszenie to potoczne nazewnictwo Rady Najwyższych Magów na całym świecie. Oficjalnie mówi się o nich Koloseum Radnych. Jak można wywnioskować z nazwy swą siedzibę mają w Koloseum w Rzymie. Jak znasz przejście to trafisz do nich i ujrzysz nie ruiny, a w całej okazałości, piękne koloseum.
-Czyli Rada Najwyższych zainteresowała się nami. Mam na myśli nie tylko naszą szóstkę, ale i resztę. Oni przeprowadzają rekrutację? Oni wybierają kto ma dołączyć do waszego świata?
-I tak i nie. Rada Najwyższych ma na to wpływ. Sami podsuwają poniektóre nazwiska, które mają się znaleźć na liście testów. I nikt nie może ich skreślić. Oprócz nich nowych rekrutów wybiera Bractwo. A raczej jego dyrekcja składająca się z trzech osób. Bractwo to jest właśnie to miejsce. Miejsce waszej nauki. Po skończeniu szkolenia wychodzisz z Bractwa i trafiasz w prawowite ci miejsce. Do Zakonu Magów. I działasz dla niego. Oddajesz mu swoje życie. Zostaliście powołani, wybrani z setek innych ludzi, obdarzeni magią. Do czegoś to zobowiązuje. Magia nie jest do zaspakajania własnych potrzeb. Tylko do pomagania innym. Bronienia tego świata i innych.
-Innych?
-O tym później Zoey. Przejdźmy dalej. Mieliśmy ludzi wybranych jako opiekunów do przydzielenia nowicjuszom. Ale wy pokrzyżowaliście trochę nasze plany. W tej chwili w Bractwie nie ma osób, które mogłaby sprawować nad wami piecze. Więc skoro jest was tylko szóstka zostanę prawdopodobnie Opiekunem całej waszej szóstki.
-No co jest misiaczki! - Do sali weszła dziewczyna o długich blond włosach. Tak jak Kyle miała na sobie czerwoną pelerynę i złotą maskę zdjętą na ramię.
-Wróciłaś? Tak szybko?
-Wezwali mnie. Pilnie jestem potrzebna. Co to za mała grupka? Pierwszy dzień i już narozrabiali? - Zaśmiała się.
-Wręcz przeciwnie. To jest Amelia Lovelace. Będzie ze mną współpracować. Ja zostanę Opiekunem Domonica, Zoey i Theo. A ty droga Amelio zostaniesz Opiekunką Rebecki, Blaise'a i Emily.
-Opiekunką? Trójki osób?
-Dostali Cztery Znaki. Nie mamy ludzi w Bractwie do trzymania pieczy nad nimi.
-No dobrze. Więc przyszedł dzień w którym stałam się potrzebna Bractwu. Opiekunka co? - Zaśmiała się.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rozdział 1 Witaj Arkadio